środa, 11 listopada 2015

Nic bardziej mylnego!

Długo mnie tu nie było... Bardzo długo...
Dziś, przy święcie ważnym dla każdego Polaka siadam na chwilę, by napisać Wam o książce, którą niedawno skończyłam czytać. Książka ta jest inna niż wszystkie dotychczas tu opisane. Nie jest to powieść, dramat, romansidło czy fantasy. Książka Radka Kotarskiego pt. Nic bardziej mylnego jest zbiorem 50 artykułów, w których obalane są powszechnie znane tezy, mity dotyczące m.in. historii, zwierząt, popkultury...
Czytałam ją bardzo długo... bardzo, bardzo... Było to dla mnie zaskoczeniem, gdyż zazwyczaj pochłaniam książki w dwa popołudnia. Myślę, że sama forma książki nie pozwala na jej natychmiastowe pochłonięcie. Nad opisanymi mitami trzeba dość porządnie się skupić, gdyż wywód zawiera wiele odniesień, przykładów, autor momentami przywołuje różne historie, czasami miałam wrażenie, że gubię główny wątek. Mity te skłaniają do przemyślenia, weryfikacji, dlatego też po 2 czy 3 dobrze jest zrobić sobie przerwę.
Jak już wspominałam, artykuły te dotyczą różnych popularnych faktów, prawd, które są powtarzane, jednak nie wiadomo, gdzie się zaczynają i czy są autentyczne. Autor rozprawił się z każdą z nich udowadniając, że często za nieomylną prawdę bierzemy całkowicie niesprawdzony, a powtarzany przez ogół fakt. Samo zjawisko powoływania się na prawdziwość danej informacji ze względu na takowe uznanie jej przez grupę sprawia, że stawiamy się w dość niekorzystnym świetle. Sama się przyznaję, niektóre z tych mitów rzeczywiście powtarzałam i uważałam za prawdziwe, bo przecież mama/babcia/ciocia tak mówiły, a one to wiedziały od swoich mam,babć czy cioć, więc to musiała być prawda...
Autor wykazał się rozległą wiedzą na rozmaitych obszarach kręgów tematycznych. Zaskoczyły mnie jego skrupulatne badania, szukanie informacji „u źródeł”, próby dokopania się do samego dna danego mitu. Wskazuje to na niezwykłą erudycję pana Kotarskiego. Sposób opisu tych historii też jest ciekawy, choć, jak już wspominałam, momentami autor tak szybko przeskakuje z jednego faktu na drugi, że chwilami gubiłam wątek.
Czy polecam tę książkę? Zależy komu... Przeczytałam ją, gdyż uczę w szkole historii, a jeden z jej rozdziałów obala popularne mity historyczne (wzrost Napoleona, zacofanie średniowiecza) i myślałam, że będą tam informacje, którymi zaskoczę moich uczniów. Niewątpliwie jest grupa osób, której mogę polecić tę książkę – są to osoby dociekliwe, które lubią wszystko o wszystkim wiedzieć. Polecam ją także osobom, które interesują się historią i popkulturą, myślę, że Was nie zawiedzie. Ja osobiście mam mieszane uczucia – z nóg mnie ta książka nie zwaliła, jednak momentami zaciekawiła, czegoś nauczyła.

PS. W rozdziale dotyczącym obrony średniowiecza przed powszechną opinią o jego zacofaniu pan Kotarski wspominał o różnych wynalazkach, które właśnie w średniowieczu powstały, zapomniał jednak o jednym ważnym, średniowiecznym wynalazku, używanym do dziś... o guzikach :) Jeszcze jako studentka filologii polskiej uczęszczałam na wykład z literatury staropolskiej z bardzo inteligentną panią profesor, która miała rozległą wiedzę na temat średniowiecza, a do tego opowiadała nam o tym z prawdziwą fascynacją i przekonaniem. Pani profesor na jednym z wykładów podjęła się obalenia tego mitu i też wskazywała na różne wynalazki, które ułatwiają nam życie do dziś, mi w głowie utkwiły właśnie te guziki, gdyż to niewątpliwie ważny wynalazek.

piątek, 17 kwietnia 2015

Jojo Moyers - Razem będzie lepiej

Witam po dość długiej przerwie. W ostatni weekend, gdy Stefan szalał w całym kraju, zaszyłam się z książką w domu. Liczyłam na fajną, ciekawą powieść, ze szczyptą romansu i dużą dawką dobrego humoru. Wiecie co? Nie przeliczyłam się :)


Książka ma piękną, kobiecą okładkę (a i mój leniwy storczyk, który w końcu raczył zakwitnąć załapał się  na zdjęciu). Pierwsze co mnie ujęło w książce to postać głównej bohaterki - pracuje na dwa etaty, kupuje jedzenie w hipermarketach z wyprzedaży, ubrania szyje sama w domu (bo tak taniej). Postać Jess była taka prawdziwa, może dlatego mi bliska, bo rozumiałam jej problemy. Zastanawiałam się, czemu bohaterka jest taka dobra dla swojego byłego męża - dwa lata czeka, aż ten łaskawie znajdzie prace i zacznie płacić alimenty na dzieci, a w międzyczasie wypruwa sobie żyły, by zapewnić jako taki byt sobie i potomstwu (z czego tylko córka jest jej biologicznym dzieckiem, syn jest dzieckiem męża z poprzedniego związku). Sam fakt przyjęcia pod dach i wychowywania dziecka byłego męża, bez udziału i pomocy tegoż męża jest dla mnie zaskakujący, naprawdę podziwiałam bohaterkę za to. Jess jest bardzo pozytywnie nastawiona do świata, wydaje się, że nic nie jest w stanie jej złamać, zawsze podnosi się i idzie dalej, bez względu na to, jaka ciężka droga przed nią. Drugi bohater powieści jest całkiem inny...

Ed nie musi martwić się o pieniądze - ma dobrze prosperującą firmę, piękne domy i samochody. Sam ze studenta - kujona, aseksualnego dla dziewczyn -  przeistacza się w przystojnego, młodego i bogatego biznesmena. Mężczyzna ulega swojej fascynacji jednej z koleżanek z uczelni (wcześniej była dla niej niewidzialny) i wdaje się z nią w krótki związek. Okazuje się jednak, że dziewczyna oprócz pięknego ciała nie ma nic do zaoferowania, jest nachalna i sprawia tylko kłopoty. Próba pozbycia się problemu (czytaj: tej dziewczyny) kończy się dla Eda jeszcze większymi problemami, nie tylko finansowymi, ale i prawnymi. Mężczyzna musi zniknąć na kilka dni z miasta, przemyśleć wszystko. Jadąc wieczorem zauważa stojące na poboczu samochody (w tym wóz policyjny), kobietę, dziwnie wyglądającego nastolatka, dziewczynkę w okularach i wielkiego, kudłatego psa...

Córka Jess, Tanzie jest geniuszem matematycznym. Ma szansę dostać się do prywatnej szkoły, jednak żeby zapłacić za czesne, musi wygrać olimpiadę matematyczną w odległym mieście. Jess stara się zrobić wszystko, by Tanzie dotarła na olimpiadę, jednak niesprawny, nieubezpieczony samochód byłego męża i policjanci utrudniają jej te zadanie. Na szczęście pojawia się tajemniczy mężczyzna (o którym do tej pory Jess miała raczej złe zdanie) i pomaga bohaterce i jej rodzinie. Jak zakończy się podróż takiej ciekawej ekipy? Namawiam wszystkich do przeczytania książki :)

Chcę jeszcze tylko dodać, że dla mnie, jako niepoprawnej romantyczki ważny był wątek romansowy, na którym się nie zawiodłam. Wątek ten trzyma w napięciu, aż chciałoby się momentami przyspieszyć akcję, nie jest na szczęście wulgarnie i obrazowo opisany, co dla mnie jest ogromnym plusem.

Tak sobie teraz myślę, że w codziennym życiu przydało by się (nie tylko mi) więcej optymizmu i lepszego spojrzenia na "jutro". Dobro wraca - może nie od razu, ale zawsze. Także na ten, mam nadzieję piękny weekend, życzę wszystkim samych pozytywnych przeżyć i różowych okularów na nosie :)

środa, 1 kwietnia 2015

A.S.A Harrison - W cieniu

     Tak się złożyło, że pomiędzy myciem okna, a trzepaniem dywanu (i jedno i drugie na nic się zdało, bo pogoda spłatała figla i zaskoczyła śniegiem, deszczem i wichurą, a Adaś zaskoczył mnie i dywan swoim talentem malarskim) wpadł mi w ręce thriller psychologiczny.


     Książka opisuje historię Jodi, idealnej pani domu (trochę jednak "zimnej ryby", bezbarwnej) i Todda, przedsiębiorcę z dobrze prosperującą firmą (i jeszcze lepiej prosperującą pewną częścią ciała, szczególnie w stosunku do młodych kobiet). Jodi wie, że Todd lubi "przygody" i nie przeszkadza jej to, o ile nie burzy to jej codzienności, codziennych rytuałów i schematów. Jedna z "przygód" Todda zachodzi jednak w ciążę - i tu pojawiają się kłopoty...
     W tym miejscu zatrzymam fabułę, chciałabym jedynie napisać kilka słów o bohaterach.
Jodi - tak jak wspomniałam początkowo była według mnie niczym Bree z "Gotowych na wszystko", idealna, elegancka, jednak dość sztywna w obyciu. Fragmenty terapii z Gerardem pokazują jednak, co tak naprawdę wpłynęło na jej charakter, zachowanie, sposób myślenia. W pełni popierałam plan Alison i trzymałam kciuki za Jodi, by nic się nie wydało, by mogła zachować swój spokój i rytuał domowy. Myślę też, że trochę była sobie winna, sama przez tyle lat pozwalała na "wyskoki" Todda, musiała zdawać sobie sprawę, że kiedyś taki wyskok skończy się ciążą tej czy innej młodej dziewczyny.
Todd - kompletnie nie rozumiem jego zachowania - miał piękne mieszkanie, ciepły obiadek, dużo swobody, wierną partnerkę, a dał się złapać jak pierwszy lepszy mniej rozgarnięty samiec. Życie z Natashą mu nie pasuje, dziewczyna jest apodyktyczna, zazdrosna, leniwa, głośna, trochę tandetna (całkowite przeciwieństwo Jodi), a on, dojrzały mężczyzna zachowuje się przy niej, jakby nie miał własnego zdania, nie jest w stanie sprzeciwić się czemukolwiek, poddaje się. Z jednej strony wróciłby z chęcią do Jodi, z drugiej radzi się prawnika, jak się jej pozbyć. Ta postać nie uzyskała mojej sympatii.
Natasha - młodziutka studentka, wyzywająca, wulgarnie ubrana, pretensjonalna. Ciąża to dla niej sposób na usidlenie bogatego sponsora. Jest chorobliwie zazdrosna (widocznie zdaje sobie sprawę, że jeśli ma faceta "z odzysku", to ktoś inny może go ponownie "odzyskać").

     Polecam tę powieść - jest wspaniałym studium psychologicznym kobiety zdradzonej, której uporządkowane dotychczas życie zmienia się. Trzyma w napięciu do samego końca. Mam nadzieję, że inspiracji do zbrodni doskonałej nikomu nie da, ale pozwoli zastanowić się nad sobą, swoimi stosunkami z bliskimi, może uwrażliwić na niektóre kwestie.

piątek, 20 marca 2015

konkurs :)

Tak się stało, że zostałam sponsorem nagrody w bardzo fajnym konkursie :)
Wszystkich serdecznie zapraszam do udziału i dzielę się linkami, by można było sobie więcej o konkursie poczytać:)
http://mamatojarazydwa.blogspot.com/2015/03/konkurs-ulubione-zdjecie-mamy.html
https://www.facebook.com/mtjrd?fref=ts

Do dzieła drodzy :)

środa, 18 marca 2015

Izba chorych

Mój dom od trzech dni jest niczym izba chorych. Młody chory, mąż chory, a i mnie coś "bierze". Nawet mama przyszła dziś w odwiedziny jakaś markotna, obolała. Tata sępił ode mnie Apap. Tylko brat się trzyma, co dziwne, bo biorąc pod uwagę jego "niehigieniczny tryb życia", to powinien od dawna leżeć w łóżku (swoim oczywiście - choć dla niego to nie takie oczywiste). Jedyny pozytywny aspekt chorowania - więcej czasu na robótki ręczne - tak, tak... robótki. Po raz pierwszy uszyłam sama, igłą i nitką, hand made - komin dla synka. I jestem z tego dumna, a co :)

wtorek, 10 marca 2015

Dorota Gąsiorowska - Obietnica Łucji

Długo mnie tu nie było. Miałam dużo różnych przemyśleń, które w większości były mało optymistyczne, co sprawiło, że ostatnio byłam w dość melancholijnym nastroju. W takiej też chwili - gdy szklanka była dla mnie pusta bardziej, niż do połowy - w ręce wpadła mi książka o słonecznej okładce. Piękna okładka, przyjemna w dotyku, utrzymana w złotych, ciepłych barwach. Na okładce piękna kobieta (na pewno piękna, choć nie widać twarzy tylko delikatną linię ramion i smukłą szyję) z pękiem kwiatów. Książka już samym wyglądem tak mnie zainteresowała, że w szary i przygnębiający dzień zaczęłam czytać, i właśnie tego dnia poznałam Łucję.



Łucja jest piękną (chyba wyczerpałam limit użycia tego słowa na dziś), dojrzałą kobietą. Ma doskonale urządzone mieszkanie, dobrą pracę i pokaźną sumę na koncie. Pewnego dnia bohaterka zostawia wielkie miasto, firmę oddaje byłemu mężowi i jedzie do małej, zapomnianej Podkarpackiej wsi, by uczyć tamtejsze dzieci historii. Kobieta zamieszkuje u pani Matyldy, sympatycznej byłej nauczycielki, która opiekuje się pobliskim dworem. Wśród uczniów Łucji wyróżnia się mała Ania, dziewczynka wyobcowana i jakby odrzucona przez klasę. Nauczycielka zbliża się do dziecka, widzi w małej siebie z czasu dzieciństwa. Bohaterka zdobywa zaufanie Ani, poznaje też jej mamę Ewę, chorą na nieuleczalną chorobę. Kobieta składa chorej obietnicę, iż odnajdzie ojca dziewczynki. Początkowo nauczycielka nie ma punktu zaczepienia, nie wie gdzie szukać mężczyzny, jednak dziwnym zbiegiem okoliczności (i z niewielką, nieświadomą pomocą Filipa, szkolnego wuefisty) dość szybko spotyka Tomasza, słynnego pianistę, który jest ojcem Ani. Tu historia mogłaby się skończyć, gdyby nie rozterki Łucji, troszkę jej egoizmu (tak pokochała dziecko, którego sama nie mogła mieć, że nie chciała myśleć o rozstaniu z dziewczynką) i zazwyczaj niesprzyjające sytuacje. Prawda po jakimś czasie i tak wychodzi na jaw, niestety nie z ust Łucji...

Nie chcę spoilerować jeszcze bardziej, dlatego w tym miejscu urwę zarys fabuły i skupię się na mojej ocenie powieści. Początkowo Łucja nie wzbudzała mojej sympatii, być może była zbyt idealna i w potocznym rozumieniu - za dobrze jej się żyło. Gdy zagłębiałam się w jej losy, spostrzegłam, że w rzeczywistości jest ona nieszczęśliwym dzieckiem, które nigdy nie pogodziło się z odrzuceniem przez matkę. Nauczycielka nie uporządkowała swoich uczuć, tylko je szczelnie zamknęła, otoczyła się pancerzem, by nie mogły wyjść. Jej pozorne szczęście nie było trwałe. Potrzebowała Różanego Gaju, spotkania z Matyldą i jej córkami, a przede wszystkim z Anią i Tomaszem, by móc ostatecznie zakończyć dawno zamknięte sprawy i zwyciężyć demony przeszłości. Momentami nie rozumiałam jej postępowania, zastanawiałam się, co tak naprawdę nią kieruje. Nie spodziewałam się, że z taką pokorą odda dziecko ojcu, podejrzewałam raczej, że będzie próbowała zatrzymać Anię w swoim życiu.
Tomasz był chyba moją najmniej ulubioną postacią w powieści. Cały czas zastanawiałam się, po co jest z Adelą, czego tak się jej słucha i przede wszystkim dlaczego nie potrafi być stanowczy. Oczywiście jego stanowczość ujawniła się w momencie, w którym dowiedział się o istnieniu córki, jednak to było już trochę za późno. Zdecydowanie bardziej polubiłam Filipa, który mimo kreowania się na wiejskiego macho, był jednak bardziej prawdziwy i ludzki, niż idealny, wręcz ulotny jak swoja muzyka Tomasz.
Muzyka... przepełnia książkę. I ptaki. Ptaki są tu chyba uniwersalnym symbolem i niejako klamrą spajającą powieść. Styl pisania autorki jest bardzo przyjemny, delikatny, niczym hmm... muzyka (właśnie!). Bardzo dobrze się czyta powieść Pani Doroty Gąsiorowskiej, właśnie przez ten płynny, subtelny styl (nawet nie wiem, jak mam to określić, trzeba przeczytać, żeby się przekonać, chodzi mi o to, że nawet gdyby Pani napisała instrukcję obsługi młynka do kawy, to na pewno byłaby to wciągająca lektura). Czytając książkę miałam wrażenie, że słyszę delikatną muzykę w tle (a może to książka była tłem dla tej ukrytej muzyki?).

Moje wrażenia po przeczytaniu? Mimo niektórych rozwiązań, które nie przypadły mi do gustu (o tym powyżej) jestem jak najbardziej na tak. Po przeczytaniu książki czułam się jakby lżejsza, spokojniejsza, jakby uwolniona z melancholii (może niczym ptak?). Książka dała mi nadzieję, że i w moim życiu wszystko się ułoży, tylko nie powinnam uciekać przed problemami i uczuciami, nie budować wokół siebie muru, a przede wszystkim rozmawiać. Iluż problemów by nie było, gdyby ludzie więcej i szczerzej ze sobą rozmawiali? Ile spraw zakończyło by się szybciej i lepiej? Ilu konfliktów i zmartwień by nie było? Rozmowa jest ważna, dlatego od dziś postanowiłam więcej rozmawiać z moimi bliskimi, by nie przegapić żadnej, ważnej dla mnie i dla nich rzeczy. Wszystkich zachęcam do rozmowy, bo warto. Zachęcam również do zapoznania się z historią Łucji, być może komuś ta powieść też pomoże znaleźć słońce w deszczowy dzień...




środa, 25 lutego 2015

Jesienna depresja

Niestety dopadła mnie jesienna depresja. Dzisiejsza pogoda jeszcze ją pogłębia. Martwi mnie, że utknęłam w martwym punkcie. Nie potrafię się już cieszyć nawet z małych sukcesów mojego dziecka. Nie powiem, żeby w moim życiu było gorzej niż zwykle, jest tak samo jak miesiąc, dwa czy sześć temu. I właśnie w tym problem...

środa, 4 lutego 2015

mama koka

Takimi słowami przywitał mnie rano Adaś (miało to pewnie znaczyć kocham mamę). Adaś mówi bardzo mało, kilka słów może. Najczęściej i najwięcej woła tata, ko ko (na kurę, kota), jak się zdenerwuje mówi - daj! - a jak jest nieszczęśliwy woła - mama. W tym tygodniu jego repertuar wzbogacił się o słowo  - kocham - czasem brzmi to jak "koka", czasem wyjdzie mu "kocha". Najczęściej używa tego słowa, jak chce mnie rano obudzić i jak jest niegrzeczny. Gdy mu powiem,  - mama jest smutna, bo zrobiłeś bałagan - to on przychodzi, przytula się, daje buzi i mówi "kocha" lub "koka" (jak wyjdzie).
Tak sobie myślę, jaki to ten mój chłopak jest sprytny - wie co powiedzieć, żeby mnie rozmiękczyć - no bo weź tu się gniewaj, jak on kocha. :)

wtorek, 3 lutego 2015

Witaj po ciemnej stronie, czyli Nightside i jej mieszkańcy


W Nightside było coś. W Nightside jest wiele różnych istot, zjawisk, postaci, jednak było tam coś innego. Detektyw Tayler, wynajęty przez bardzo bogatą klientkę Joannę porzuca bezpieczne biuro w Londynie i idzie tam, gdzie obiecał nigdy nie wracać. 
Nightside jest miejscem, gdzie nie ma prawa (jest grupa reprezentująca prawo i z nią się nie dyskutuje, jednak samo prawo jako takie nie istnieje). Nightside jest miejscem, gdzie nawet nie ma czasu - tu przy barze spotkać się może człowiek z epoki wiktoriańskiej z kolegą, który żył w latach sześćdziesiątych. Piaski czasu powodują przeskoki w przód i w tył, gdy wchodzi się do baru, czas staje w miejscu. 
Detektyw Tayler jest osobą posiadającą niezwykły dar - potrafi odnajdywać rzeczy zagubione (ludzi zagubionych czy takich, którzy uciekli też). Posiada coś jeszcze - wyrobioną w środowisku Nightside renomę, opinię, która pozwala mu trzymać wiele osób na dystans. Tayler ma też w pewien sposób przyjaciół (o ile można nazwać ich przyjaciółmi) Wystrzałową Suzie i Ostrego Eddiego.

Książka została bardzo starannie wydana, na okładce posiada elementy ozdobione wypukłym, błyszczącym lakierem, pod światło widać inne obrazy (na zdjęciu jest to poniekąd ujęte), w książce są także ilustracje, trochę komiksowe, jednak przedstawiające bohaterów. 

Jeśli tylko będę miała okazję, to sięgnę po kolejne historie detektywa Taylera, Was też do tego zachęcam. 

sobota, 31 stycznia 2015

Clive Cussler "Wybrzeże Szkieletów"

Książka Clive'a Cusslera była pierwszą, którą przeczytałam w tym roku. Początkowo trochę męczyłam, jednak tak mniej więcej po 100 stronach całkowicie popłynęłam... Nawet Adaś nie był w stanie mnie oderwać (i przez moje zaczytanie mam teraz długopisowe graffiti na pół ściany w salonie, ta cisza była jednak podejrzana). Książka zawiera w sobie trzy wątki, które w pewnym momencie się łączą. Akcja wręcz pędzi jak oszalała, wydarzeni następują po sobie w bardzo szybkim tempie.
Oregon potrafi zadziwić, potwierdza przysłowie, że nie ocenia się książki po okładce. Juan jest barwną postacią, jego wiedza i doświadczenie pozwala mu na sprawne kierowanie zaplanowanymi akcjami. Sam Juan - mimo że samodzielnie też potrafi siać niezły postrach - byłby dość ograniczony w działaniach, gdyby nie świetnie wyszkolony, kompetentny zespół, który zna się tak dobrze, że wydawać by się mogło, że momentami czyta sobie w myślach.
Jeśli ktoś lubi dobre powieści przygodowe, osadzone we współczesnej Afryce z całym jej politycznym zamieszaniem, to jak najbardziej polecam. Autor zna się na rzeczy, sam jest podróżnikiem, z jego pracy można wynieść wiele zaskakujących informacji.

Cyk cyk babci Czesi

Kilka miesięcy temu zmarła babcia mojego męża. Miała 85 lat, była porucznikiem, choć nigdy nie była w wojsku. Dostała odznaczenie, gdyż w czasie wojny pomagała uwiezionym żołnierzom nosząc im w tajemnicy jedzenie i listy od rodziny. Kilku żołnierzy ukrywała w swoim domu, roznosiła ulotki i robiła jeszcze wiele innych rzeczy, o których pewnie nie wiem. Najgorsze w tym wszystkim, że tak naprawdę dowiedziałam się o jej zasługach dopiero po jej śmierci. Znałam ją kilka lat, poznałam jeszcze przed moim ślubem z jej najstarszym wnukiem. Przez cały ten czas miałam dość negatywne zdanie o niej, wyrobione głównie przez opinie innych członków rodziny. Teraz z perspektywy czasu żałuję, że tak łatwo uwierzyłam w to, co mówiła teściowa, a nie dowiedziałam się wszystkiego bezpośrednio u źródła.
Jakiś czas temu teściowie robili porządek w pokoju po babci. Teściowa dość się porządziła, bo w tajemnicy przed swoim mężem (synem babci) powyrzucała wszystkie pamiątki babci. Do pieca poszedł list pradziadka mojego męża, napisany prawie 70 lat temu, jego modlitewnik jeszcze starszy od listu, pudełka pocztówek zbierane przez babcię przez prawie całe życie, i wiele innych rzeczy. Żeby nie było, że teściowa całkiem wyczyściła dom z rzeczy po babci, zostało trochę plastikowych zabawek, maskotek, lalek, które leżą w kartonie w kuchni i które wnuczka teściowej rozkłada na czynniki pierwsze.
Podczas ostatniej wizyty teściów w naszym domu - mieszkamy w sąsiednim województwie, 250 km od siebie - dostaliśmy w prezencie duży, stary zegar z pokoju babci Czesi (pewnie nie zmieścił się do pieca dlatego przywieźli). Zegar nie jest ładny - jest obdrapany, elementy ozdobne są krzywe i niewymiarowe, trzeba go nakręcać co jakiś czas, bo przestaje chodzić. Długo zastanawiałam się, gdzie go powieszę w moim nowym domu, gdzie już mam dokładnie zaplanowane rozmieszczenie obrazów, zdjęć, mebli. Widziałam, że mężowi zależy na tym zegarze, dlatego też po wielu namysłach zegar zawisł w salonie, przy stole. Adasiowi od razu się spodobał, cały czas pokazuje na niego i mówi - cyk, cyk .
Od dwóch dni cyk cyk wisi w salonie, cyka głośno, dzwoni jeszcze głośniej (szczególnie 12 wybić o północy potrafi wybić każdego ze snu). Będę musiała się przyzwyczaić, bo mąż zachwyca się jego dźwiękami. Ten zegar, w naszym cichutkim domu, gdzie do tej pory były jedynie zegarki cyfrowe, wprowadza trochę hałasu, ale też i życia. I naprawdę, ładnie cyka.

piątek, 30 stycznia 2015

Wiosna tej zimy

Czy wszędzie jest taka pogoda? Kilka stopni na plusie, błoto po kostki i wiatr (jak dla mnie 10 w skali Beauforta, ale ja się nie znam na skali Beauforta). Czwarty dzień z kolei nie wychodzę z młodym z domu i zarówno on, jak i ja nie jesteśmy z tego zadowoleni (zwłaszcza że Adinio jest uzależniony od dworu, tak  - dworu - mój mąż wychodzi na pole, ja z synem na dwór). W kwestii pogody mam dwojakie i skrajne pragnienia: niech przyjdzie zima ze śniegiem po kolana i -10 na termometrze, albo niech przyjdzie od razu wiosna, bez wiatru i +10 na termometrze. Innych opcji nie chcę. To, co jest po środku, nie jest dobre, nie tylko dla mnie, ale i  dla Adama i jego odporności (odpukać w niemalowane, w tym roku kalendarzowym nie chorował).

Witajcie

Stało się. Założyłam bloga. Naprawdę. Uff... troszkę się stresuję. Może wytłumaczę, dlaczego blog i dlaczego taka nazwa. Jestem absolwentką filologii polskiej. Przez całe studia miałam narzuconą listę lektur - nie powiem, że było źle, dzięki tej liście poznałam wiele interesujących pozycji, bez których moja wiedza filologiczna byłaby bardzo uboga - jednak nie wszystko z listy wpasowywało się w moje gusta. Lubię czytać książki, gdy tylko mam okazję,czas i książkę to czytam. Prawdę mówiąc, przy aktywnym prawie dwulatku to dość duże wyzwanie (on bardzo się interesuje wszystkim, co trzymam w rękach, nie ważne co to, ważne, że trzymam), dlatego czytam głównie wieczorami i wtedy, gdy Aduś śpi (tak wiem, podkreśla mi, że to błąd, ale ja tak na niego mówię: Aduś, Adunio, Adamus, Adulek, Adi). Moim noworocznym postanowieniem było czytać więcej książek, dlatego też w tym miesiącu przeczytałam więcej, niż w tamtym roku... całym. Doszłam do wniosku, że czytanie dla samej siebie, zwykłe przeczytanie i odłożenie książki nie jest tak naprawdę niczym fajnym, gdyż niektóre książki potrafią na długo zdominować mój świat i nawet po przeczytaniu chodzę niczym otępiała, bo ciągle żyję książką. I tak, pod wpływem chwili (a może lampki wina?) powstał ten blog. Chciałabym zamieszczać tu przede wszystkim recenzje bardzo dobrych książek, by ktoś zastanawiający się nad ich przeczytaniem wyzbywał się wątpliwości. Prawdopodobnie nie uniknę opisywania mych codziennych przygód i trosk z Adulkiem, ale będę się starała, by nie zdominowały one czytelniczych recenzji. Komu w drogę, temu trampki, także zapraszam do czytamtocolubię.blogdpot :) być może każdy odnajdzie tu coś dla siebie :)