Tak się stało, że zostałam sponsorem nagrody w bardzo fajnym konkursie :)
Wszystkich serdecznie zapraszam do udziału i dzielę się linkami, by można było sobie więcej o konkursie poczytać:)
http://mamatojarazydwa.blogspot.com/2015/03/konkurs-ulubione-zdjecie-mamy.html
https://www.facebook.com/mtjrd?fref=ts
Do dzieła drodzy :)
piątek, 20 marca 2015
środa, 18 marca 2015
Izba chorych
Mój dom od trzech dni jest niczym izba chorych. Młody chory, mąż chory, a i mnie coś "bierze". Nawet mama przyszła dziś w odwiedziny jakaś markotna, obolała. Tata sępił ode mnie Apap. Tylko brat się trzyma, co dziwne, bo biorąc pod uwagę jego "niehigieniczny tryb życia", to powinien od dawna leżeć w łóżku (swoim oczywiście - choć dla niego to nie takie oczywiste). Jedyny pozytywny aspekt chorowania - więcej czasu na robótki ręczne - tak, tak... robótki. Po raz pierwszy uszyłam sama, igłą i nitką, hand made - komin dla synka. I jestem z tego dumna, a co :)
wtorek, 10 marca 2015
Dorota Gąsiorowska - Obietnica Łucji
Długo mnie tu nie było. Miałam dużo różnych przemyśleń, które w większości były mało optymistyczne, co sprawiło, że ostatnio byłam w dość melancholijnym nastroju. W takiej też chwili - gdy szklanka była dla mnie pusta bardziej, niż do połowy - w ręce wpadła mi książka o słonecznej okładce. Piękna okładka, przyjemna w dotyku, utrzymana w złotych, ciepłych barwach. Na okładce piękna kobieta (na pewno piękna, choć nie widać twarzy tylko delikatną linię ramion i smukłą szyję) z pękiem kwiatów. Książka już samym wyglądem tak mnie zainteresowała, że w szary i przygnębiający dzień zaczęłam czytać, i właśnie tego dnia poznałam Łucję.
Łucja jest piękną (chyba wyczerpałam limit użycia tego słowa na dziś), dojrzałą kobietą. Ma doskonale urządzone mieszkanie, dobrą pracę i pokaźną sumę na koncie. Pewnego dnia bohaterka zostawia wielkie miasto, firmę oddaje byłemu mężowi i jedzie do małej, zapomnianej Podkarpackiej wsi, by uczyć tamtejsze dzieci historii. Kobieta zamieszkuje u pani Matyldy, sympatycznej byłej nauczycielki, która opiekuje się pobliskim dworem. Wśród uczniów Łucji wyróżnia się mała Ania, dziewczynka wyobcowana i jakby odrzucona przez klasę. Nauczycielka zbliża się do dziecka, widzi w małej siebie z czasu dzieciństwa. Bohaterka zdobywa zaufanie Ani, poznaje też jej mamę Ewę, chorą na nieuleczalną chorobę. Kobieta składa chorej obietnicę, iż odnajdzie ojca dziewczynki. Początkowo nauczycielka nie ma punktu zaczepienia, nie wie gdzie szukać mężczyzny, jednak dziwnym zbiegiem okoliczności (i z niewielką, nieświadomą pomocą Filipa, szkolnego wuefisty) dość szybko spotyka Tomasza, słynnego pianistę, który jest ojcem Ani. Tu historia mogłaby się skończyć, gdyby nie rozterki Łucji, troszkę jej egoizmu (tak pokochała dziecko, którego sama nie mogła mieć, że nie chciała myśleć o rozstaniu z dziewczynką) i zazwyczaj niesprzyjające sytuacje. Prawda po jakimś czasie i tak wychodzi na jaw, niestety nie z ust Łucji...
Nie chcę spoilerować jeszcze bardziej, dlatego w tym miejscu urwę zarys fabuły i skupię się na mojej ocenie powieści. Początkowo Łucja nie wzbudzała mojej sympatii, być może była zbyt idealna i w potocznym rozumieniu - za dobrze jej się żyło. Gdy zagłębiałam się w jej losy, spostrzegłam, że w rzeczywistości jest ona nieszczęśliwym dzieckiem, które nigdy nie pogodziło się z odrzuceniem przez matkę. Nauczycielka nie uporządkowała swoich uczuć, tylko je szczelnie zamknęła, otoczyła się pancerzem, by nie mogły wyjść. Jej pozorne szczęście nie było trwałe. Potrzebowała Różanego Gaju, spotkania z Matyldą i jej córkami, a przede wszystkim z Anią i Tomaszem, by móc ostatecznie zakończyć dawno zamknięte sprawy i zwyciężyć demony przeszłości. Momentami nie rozumiałam jej postępowania, zastanawiałam się, co tak naprawdę nią kieruje. Nie spodziewałam się, że z taką pokorą odda dziecko ojcu, podejrzewałam raczej, że będzie próbowała zatrzymać Anię w swoim życiu.
Tomasz był chyba moją najmniej ulubioną postacią w powieści. Cały czas zastanawiałam się, po co jest z Adelą, czego tak się jej słucha i przede wszystkim dlaczego nie potrafi być stanowczy. Oczywiście jego stanowczość ujawniła się w momencie, w którym dowiedział się o istnieniu córki, jednak to było już trochę za późno. Zdecydowanie bardziej polubiłam Filipa, który mimo kreowania się na wiejskiego macho, był jednak bardziej prawdziwy i ludzki, niż idealny, wręcz ulotny jak swoja muzyka Tomasz.
Muzyka... przepełnia książkę. I ptaki. Ptaki są tu chyba uniwersalnym symbolem i niejako klamrą spajającą powieść. Styl pisania autorki jest bardzo przyjemny, delikatny, niczym hmm... muzyka (właśnie!). Bardzo dobrze się czyta powieść Pani Doroty Gąsiorowskiej, właśnie przez ten płynny, subtelny styl (nawet nie wiem, jak mam to określić, trzeba przeczytać, żeby się przekonać, chodzi mi o to, że nawet gdyby Pani napisała instrukcję obsługi młynka do kawy, to na pewno byłaby to wciągająca lektura). Czytając książkę miałam wrażenie, że słyszę delikatną muzykę w tle (a może to książka była tłem dla tej ukrytej muzyki?).
Moje wrażenia po przeczytaniu? Mimo niektórych rozwiązań, które nie przypadły mi do gustu (o tym powyżej) jestem jak najbardziej na tak. Po przeczytaniu książki czułam się jakby lżejsza, spokojniejsza, jakby uwolniona z melancholii (może niczym ptak?). Książka dała mi nadzieję, że i w moim życiu wszystko się ułoży, tylko nie powinnam uciekać przed problemami i uczuciami, nie budować wokół siebie muru, a przede wszystkim rozmawiać. Iluż problemów by nie było, gdyby ludzie więcej i szczerzej ze sobą rozmawiali? Ile spraw zakończyło by się szybciej i lepiej? Ilu konfliktów i zmartwień by nie było? Rozmowa jest ważna, dlatego od dziś postanowiłam więcej rozmawiać z moimi bliskimi, by nie przegapić żadnej, ważnej dla mnie i dla nich rzeczy. Wszystkich zachęcam do rozmowy, bo warto. Zachęcam również do zapoznania się z historią Łucji, być może komuś ta powieść też pomoże znaleźć słońce w deszczowy dzień...
Łucja jest piękną (chyba wyczerpałam limit użycia tego słowa na dziś), dojrzałą kobietą. Ma doskonale urządzone mieszkanie, dobrą pracę i pokaźną sumę na koncie. Pewnego dnia bohaterka zostawia wielkie miasto, firmę oddaje byłemu mężowi i jedzie do małej, zapomnianej Podkarpackiej wsi, by uczyć tamtejsze dzieci historii. Kobieta zamieszkuje u pani Matyldy, sympatycznej byłej nauczycielki, która opiekuje się pobliskim dworem. Wśród uczniów Łucji wyróżnia się mała Ania, dziewczynka wyobcowana i jakby odrzucona przez klasę. Nauczycielka zbliża się do dziecka, widzi w małej siebie z czasu dzieciństwa. Bohaterka zdobywa zaufanie Ani, poznaje też jej mamę Ewę, chorą na nieuleczalną chorobę. Kobieta składa chorej obietnicę, iż odnajdzie ojca dziewczynki. Początkowo nauczycielka nie ma punktu zaczepienia, nie wie gdzie szukać mężczyzny, jednak dziwnym zbiegiem okoliczności (i z niewielką, nieświadomą pomocą Filipa, szkolnego wuefisty) dość szybko spotyka Tomasza, słynnego pianistę, który jest ojcem Ani. Tu historia mogłaby się skończyć, gdyby nie rozterki Łucji, troszkę jej egoizmu (tak pokochała dziecko, którego sama nie mogła mieć, że nie chciała myśleć o rozstaniu z dziewczynką) i zazwyczaj niesprzyjające sytuacje. Prawda po jakimś czasie i tak wychodzi na jaw, niestety nie z ust Łucji...
Nie chcę spoilerować jeszcze bardziej, dlatego w tym miejscu urwę zarys fabuły i skupię się na mojej ocenie powieści. Początkowo Łucja nie wzbudzała mojej sympatii, być może była zbyt idealna i w potocznym rozumieniu - za dobrze jej się żyło. Gdy zagłębiałam się w jej losy, spostrzegłam, że w rzeczywistości jest ona nieszczęśliwym dzieckiem, które nigdy nie pogodziło się z odrzuceniem przez matkę. Nauczycielka nie uporządkowała swoich uczuć, tylko je szczelnie zamknęła, otoczyła się pancerzem, by nie mogły wyjść. Jej pozorne szczęście nie było trwałe. Potrzebowała Różanego Gaju, spotkania z Matyldą i jej córkami, a przede wszystkim z Anią i Tomaszem, by móc ostatecznie zakończyć dawno zamknięte sprawy i zwyciężyć demony przeszłości. Momentami nie rozumiałam jej postępowania, zastanawiałam się, co tak naprawdę nią kieruje. Nie spodziewałam się, że z taką pokorą odda dziecko ojcu, podejrzewałam raczej, że będzie próbowała zatrzymać Anię w swoim życiu.
Tomasz był chyba moją najmniej ulubioną postacią w powieści. Cały czas zastanawiałam się, po co jest z Adelą, czego tak się jej słucha i przede wszystkim dlaczego nie potrafi być stanowczy. Oczywiście jego stanowczość ujawniła się w momencie, w którym dowiedział się o istnieniu córki, jednak to było już trochę za późno. Zdecydowanie bardziej polubiłam Filipa, który mimo kreowania się na wiejskiego macho, był jednak bardziej prawdziwy i ludzki, niż idealny, wręcz ulotny jak swoja muzyka Tomasz.
Muzyka... przepełnia książkę. I ptaki. Ptaki są tu chyba uniwersalnym symbolem i niejako klamrą spajającą powieść. Styl pisania autorki jest bardzo przyjemny, delikatny, niczym hmm... muzyka (właśnie!). Bardzo dobrze się czyta powieść Pani Doroty Gąsiorowskiej, właśnie przez ten płynny, subtelny styl (nawet nie wiem, jak mam to określić, trzeba przeczytać, żeby się przekonać, chodzi mi o to, że nawet gdyby Pani napisała instrukcję obsługi młynka do kawy, to na pewno byłaby to wciągająca lektura). Czytając książkę miałam wrażenie, że słyszę delikatną muzykę w tle (a może to książka była tłem dla tej ukrytej muzyki?).
Moje wrażenia po przeczytaniu? Mimo niektórych rozwiązań, które nie przypadły mi do gustu (o tym powyżej) jestem jak najbardziej na tak. Po przeczytaniu książki czułam się jakby lżejsza, spokojniejsza, jakby uwolniona z melancholii (może niczym ptak?). Książka dała mi nadzieję, że i w moim życiu wszystko się ułoży, tylko nie powinnam uciekać przed problemami i uczuciami, nie budować wokół siebie muru, a przede wszystkim rozmawiać. Iluż problemów by nie było, gdyby ludzie więcej i szczerzej ze sobą rozmawiali? Ile spraw zakończyło by się szybciej i lepiej? Ilu konfliktów i zmartwień by nie było? Rozmowa jest ważna, dlatego od dziś postanowiłam więcej rozmawiać z moimi bliskimi, by nie przegapić żadnej, ważnej dla mnie i dla nich rzeczy. Wszystkich zachęcam do rozmowy, bo warto. Zachęcam również do zapoznania się z historią Łucji, być może komuś ta powieść też pomoże znaleźć słońce w deszczowy dzień...
Subskrybuj:
Posty (Atom)