Książka Clive'a Cusslera była pierwszą, którą przeczytałam w tym roku. Początkowo trochę męczyłam, jednak tak mniej więcej po 100 stronach całkowicie popłynęłam... Nawet Adaś nie był w stanie mnie oderwać (i przez moje zaczytanie mam teraz długopisowe graffiti na pół ściany w salonie, ta cisza była jednak podejrzana). Książka zawiera w sobie trzy wątki, które w pewnym momencie się łączą. Akcja wręcz pędzi jak oszalała, wydarzeni następują po sobie w bardzo szybkim tempie.
Oregon potrafi zadziwić, potwierdza przysłowie, że nie ocenia się książki po okładce. Juan jest barwną postacią, jego wiedza i doświadczenie pozwala mu na sprawne kierowanie zaplanowanymi akcjami. Sam Juan - mimo że samodzielnie też potrafi siać niezły postrach - byłby dość ograniczony w działaniach, gdyby nie świetnie wyszkolony, kompetentny zespół, który zna się tak dobrze, że wydawać by się mogło, że momentami czyta sobie w myślach.
Jeśli ktoś lubi dobre powieści przygodowe, osadzone we współczesnej Afryce z całym jej politycznym zamieszaniem, to jak najbardziej polecam. Autor zna się na rzeczy, sam jest podróżnikiem, z jego pracy można wynieść wiele zaskakujących informacji.
sobota, 31 stycznia 2015
Cyk cyk babci Czesi
Kilka miesięcy temu zmarła babcia mojego męża. Miała 85 lat, była porucznikiem, choć nigdy nie była w wojsku. Dostała odznaczenie, gdyż w czasie wojny pomagała uwiezionym żołnierzom nosząc im w tajemnicy jedzenie i listy od rodziny. Kilku żołnierzy ukrywała w swoim domu, roznosiła ulotki i robiła jeszcze wiele innych rzeczy, o których pewnie nie wiem. Najgorsze w tym wszystkim, że tak naprawdę dowiedziałam się o jej zasługach dopiero po jej śmierci. Znałam ją kilka lat, poznałam jeszcze przed moim ślubem z jej najstarszym wnukiem. Przez cały ten czas miałam dość negatywne zdanie o niej, wyrobione głównie przez opinie innych członków rodziny. Teraz z perspektywy czasu żałuję, że tak łatwo uwierzyłam w to, co mówiła teściowa, a nie dowiedziałam się wszystkiego bezpośrednio u źródła.
Jakiś czas temu teściowie robili porządek w pokoju po babci. Teściowa dość się porządziła, bo w tajemnicy przed swoim mężem (synem babci) powyrzucała wszystkie pamiątki babci. Do pieca poszedł list pradziadka mojego męża, napisany prawie 70 lat temu, jego modlitewnik jeszcze starszy od listu, pudełka pocztówek zbierane przez babcię przez prawie całe życie, i wiele innych rzeczy. Żeby nie było, że teściowa całkiem wyczyściła dom z rzeczy po babci, zostało trochę plastikowych zabawek, maskotek, lalek, które leżą w kartonie w kuchni i które wnuczka teściowej rozkłada na czynniki pierwsze.
Podczas ostatniej wizyty teściów w naszym domu - mieszkamy w sąsiednim województwie, 250 km od siebie - dostaliśmy w prezencie duży, stary zegar z pokoju babci Czesi (pewnie nie zmieścił się do pieca dlatego przywieźli). Zegar nie jest ładny - jest obdrapany, elementy ozdobne są krzywe i niewymiarowe, trzeba go nakręcać co jakiś czas, bo przestaje chodzić. Długo zastanawiałam się, gdzie go powieszę w moim nowym domu, gdzie już mam dokładnie zaplanowane rozmieszczenie obrazów, zdjęć, mebli. Widziałam, że mężowi zależy na tym zegarze, dlatego też po wielu namysłach zegar zawisł w salonie, przy stole. Adasiowi od razu się spodobał, cały czas pokazuje na niego i mówi - cyk, cyk .
Od dwóch dni cyk cyk wisi w salonie, cyka głośno, dzwoni jeszcze głośniej (szczególnie 12 wybić o północy potrafi wybić każdego ze snu). Będę musiała się przyzwyczaić, bo mąż zachwyca się jego dźwiękami. Ten zegar, w naszym cichutkim domu, gdzie do tej pory były jedynie zegarki cyfrowe, wprowadza trochę hałasu, ale też i życia. I naprawdę, ładnie cyka.
Jakiś czas temu teściowie robili porządek w pokoju po babci. Teściowa dość się porządziła, bo w tajemnicy przed swoim mężem (synem babci) powyrzucała wszystkie pamiątki babci. Do pieca poszedł list pradziadka mojego męża, napisany prawie 70 lat temu, jego modlitewnik jeszcze starszy od listu, pudełka pocztówek zbierane przez babcię przez prawie całe życie, i wiele innych rzeczy. Żeby nie było, że teściowa całkiem wyczyściła dom z rzeczy po babci, zostało trochę plastikowych zabawek, maskotek, lalek, które leżą w kartonie w kuchni i które wnuczka teściowej rozkłada na czynniki pierwsze.
Podczas ostatniej wizyty teściów w naszym domu - mieszkamy w sąsiednim województwie, 250 km od siebie - dostaliśmy w prezencie duży, stary zegar z pokoju babci Czesi (pewnie nie zmieścił się do pieca dlatego przywieźli). Zegar nie jest ładny - jest obdrapany, elementy ozdobne są krzywe i niewymiarowe, trzeba go nakręcać co jakiś czas, bo przestaje chodzić. Długo zastanawiałam się, gdzie go powieszę w moim nowym domu, gdzie już mam dokładnie zaplanowane rozmieszczenie obrazów, zdjęć, mebli. Widziałam, że mężowi zależy na tym zegarze, dlatego też po wielu namysłach zegar zawisł w salonie, przy stole. Adasiowi od razu się spodobał, cały czas pokazuje na niego i mówi - cyk, cyk .
Od dwóch dni cyk cyk wisi w salonie, cyka głośno, dzwoni jeszcze głośniej (szczególnie 12 wybić o północy potrafi wybić każdego ze snu). Będę musiała się przyzwyczaić, bo mąż zachwyca się jego dźwiękami. Ten zegar, w naszym cichutkim domu, gdzie do tej pory były jedynie zegarki cyfrowe, wprowadza trochę hałasu, ale też i życia. I naprawdę, ładnie cyka.
piątek, 30 stycznia 2015
Wiosna tej zimy
Czy wszędzie jest taka pogoda? Kilka stopni na plusie, błoto po kostki i wiatr (jak dla mnie 10 w skali Beauforta, ale ja się nie znam na skali Beauforta). Czwarty dzień z kolei nie wychodzę z młodym z domu i zarówno on, jak i ja nie jesteśmy z tego zadowoleni (zwłaszcza że Adinio jest uzależniony od dworu, tak - dworu - mój mąż wychodzi na pole, ja z synem na dwór). W kwestii pogody mam dwojakie i skrajne pragnienia: niech przyjdzie zima ze śniegiem po kolana i -10 na termometrze, albo niech przyjdzie od razu wiosna, bez wiatru i +10 na termometrze. Innych opcji nie chcę. To, co jest po środku, nie jest dobre, nie tylko dla mnie, ale i dla Adama i jego odporności (odpukać w niemalowane, w tym roku kalendarzowym nie chorował).
Witajcie
Stało się. Założyłam bloga. Naprawdę. Uff... troszkę się stresuję. Może wytłumaczę, dlaczego blog i dlaczego taka nazwa. Jestem absolwentką filologii polskiej. Przez całe studia miałam narzuconą listę lektur - nie powiem, że było źle, dzięki tej liście poznałam wiele interesujących pozycji, bez których moja wiedza filologiczna byłaby bardzo uboga - jednak nie wszystko z listy wpasowywało się w moje gusta. Lubię czytać książki, gdy tylko mam okazję,czas i książkę to czytam. Prawdę mówiąc, przy aktywnym prawie dwulatku to dość duże wyzwanie (on bardzo się interesuje wszystkim, co trzymam w rękach, nie ważne co to, ważne, że trzymam), dlatego czytam głównie wieczorami i wtedy, gdy Aduś śpi (tak wiem, podkreśla mi, że to błąd, ale ja tak na niego mówię: Aduś, Adunio, Adamus, Adulek, Adi). Moim noworocznym postanowieniem było czytać więcej książek, dlatego też w tym miesiącu przeczytałam więcej, niż w tamtym roku... całym. Doszłam do wniosku, że czytanie dla samej siebie, zwykłe przeczytanie i odłożenie książki nie jest tak naprawdę niczym fajnym, gdyż niektóre książki potrafią na długo zdominować mój świat i nawet po przeczytaniu chodzę niczym otępiała, bo ciągle żyję książką. I tak, pod wpływem chwili (a może lampki wina?) powstał ten blog. Chciałabym zamieszczać tu przede wszystkim recenzje bardzo dobrych książek, by ktoś zastanawiający się nad ich przeczytaniem wyzbywał się wątpliwości. Prawdopodobnie nie uniknę opisywania mych codziennych przygód i trosk z Adulkiem, ale będę się starała, by nie zdominowały one czytelniczych recenzji. Komu w drogę, temu trampki, także zapraszam do czytamtocolubię.blogdpot :) być może każdy odnajdzie tu coś dla siebie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)